opowiastek mało-wiele
na dni zwykłe i niedziele
:-
czwartek, 14 kwietnia 2011
Choroba
Pewnego dnia podczas spaceru tata usiadł na ławce i ciężko oddychał. - odpocznijmy troszkę, prosił Wracali do domu bardzo powoli. Babcia wezwała lekarza, potem następnych, szpital, operacja i śmierć. - Teraz wiem, że to była choroba Bürgera, wpominała. Szybko poszło, ojciec był młody. W młodym wieku choroby rozwijają się szybciej… Leży przede mną odpis aktu zgonu: Juchtman Szymon Fiszel, żonaty, lat 44, data zgonu 9 sierpnia 1929 rok. To jedyny realny papier łączący mnie z dziadkiem. Nie mam żadnej fotografii, żadnego zapisku, żadnej najdrobniejszej pamiątki, a opowiadania mamy rozmyte, nieliczne, mało konkretne. Nie wiem jak wyglądał, nie znam jego głosu, jego zapachu, nie znam miejsca jego grobu. Mama pamiętała, że były kłopoty z pochówkiem. „Był bezwyznaniowcem” mówiła. Czy była to wersja dla mnie, czy też rzeczywiście były problemy? Rodzina nie była zbyt pobożna. Mama nie pamiętała by chodzili do synagogi, nie było kuchni koszernej, celebry szabasu czy modlitw. Na pewno babcia nie chodziła do mykwy. Uważała to za bardzo niehigieniczne. Może z tego powodu nie chciano dziadka pochować na cmentarzu żydowskim? Mama pamiętała jedynie, że w rodzinie był rabin i interweniował. Nie ma już w Lublinie dawnego cmentarza żydowskiego. Został przedzielony szeroką ulicą. W jednej części, tej większej, jest cmentarz katolicki. Mniejsza jest zadbanym trawnikiem, ogrodzonym murem, na którym umieszcza się tablice z nazwiskami pochowanych tu niegdyś zmarłych. Rozmawialiśmy z kuzynem, żeby powiesić tablicę naszych dziadków. Trzeba tylko odnaleźć datę i miejsce śmierci babci. Już wiem, że nie zginęła na Majdanku. W Treblince tez nie. Być może w Bełżcu, ale tam nie zachowały się listy zamordowanych.
środa, 06 kwietnia 2011
Klaps
Bardzo wcześnie poszła do szkoły. Z własnej woli, bo jej siostra już się uczyła, wiedziała strasznie dużo ciekawych rzeczy, a mama nudziła się w domu. Umiała czytać i liczyć, więc uznano, że można spróbować. Nie miała jeszcze 6 lat. Szybko okazało się, że umysłowo sobie radzi, ale 45 minut siedzenia na lekcji to katorga dla ruchliwego malucha. Wiedziała, że powinna być grzeczna, więc starała się nie kręcić, tylko pod ławką majtała nogami ile wlezie. Na przerwach była pierwsza na boisku, latała z chłopakami za piłką, a zimą szkolne lodowisko należało do niej. Świetnie jeździła na łyżwach, wykręcała trójki proste i skakane, holendrowała, wykonywała trudne ewolucje. Była pupilkiem nauczyciela od gimnastyki, który organizował konkursy łyżwiarskie. Ale z nauką nie było tak dobrze, szczególnie z odrabianiem lekcji. Zapominała albo nie miała czasu. Po prostu. W końcu nauczycielka straciła cierpliwość i zaprosiła tatę do szkoły. Mama dość dokładnie zapamiętała rozmowę z ojcem. Zapytał, dlaczego nauczycielka chce się z nim zobaczyć. - bo napisałam takie ładne wypracowanie, że pani chce ci sama przeczytać, odpowiedziała rezolutnie. Po wizycie w szkole ojciec wziął córkę za rękę, wszedł do gabinetu, przerzucił przez kolano i dał w pupę potężnego klapa. Jednego klapsa. I wytłumaczył, że nie za to, że nie odrabia lekcji, że się gorzej uczy. Ale za to, że skłamała.
Wiele lat później rozmawialiśmy w domu o kłamstwie. Dyskusja była ostra, ojciec truł o złym kłamstwie, oszustwie, o wyrzutach sumienia i takie tam bzdety, ja argumentowałam sytuacjami, w których kłamstwo jest usprawiedliwione. Nagle mama wybuchła. Walnęła pięścią w kolano i krzyknęła: - dajcie już spokój! Nic nie wiecie o kłamstwie! Całe życie kłamię! Rozumiecie?! Całe życie! Byłam w szoku. Byłam pewna, że to zmęczenie i stres po trudnym dyżurze. Zupełnie nie rozumiałam o czym mówi.
środa, 30 marca 2011
Zapachy dzieciństwa
- Opowiadaj jeszcze o dziadku. Musiał być mądrym człowiekiem. Bardzo mi się podobają jego metody wychowawcze - o tak. Ojciec był bardzo mądry. Nigdy nie krzyczał, nie pamiętam, żeby się denerwował. Miał bardzo wielu znajomych. Gdy szliśmy na spacer, ciągle się komuś kłaniał albo odkłaniał. Zawsze nosił kapelusz i ten kapelusz uchylał. Trzymał nas za rączki, więc jak zdejmował kapelusz, to puszczał moją rękę. Strasznie mnie to złościło. Kiedyś poprosiłam, żeby zostawiał kapelusz w domu, bo po co mu? Ciągle go musi zdejmować, a to przecież niewygodne… W obozie trzeba było przed każdym spotkanym Niemcem stanąć na baczność i się odmeldować. Wyrecytować numer. Po niemiecku, oczywiście. Jak się pomyliło, to dostawało się w mordę, albo skakało żabki. Zależy na kogo się trafiło. Żabki były gorsze, nie każdy wytrzymywał pięćdziesiąt czy sto. A jak się padało na ziemię, to Niemiec kazał skakać od początku. Albo zastrzelił i poszedł dalej. Jak się miało pecha i spotkało się kilku Niemców w krótkim czasie, to się człowiek czasem naskakał… - mamo… o dziadku miało być… - a tak… Wiesz, że ojciec palił cygara? Pamiętam ten zapach. Bardzo go lubiłam. Do taty przychodzili koledzy, grali w brydża w gabinecie. Czasem chowałam się pod biurkiem, a tata udawał, że mnie nie widzi. Wszyscy palili cygara, było tak wytwornie, panowie w surdutach… Kilka lat temu weszłam do Grandki po ciastka i poczułam ten sam zapach. Rozglądałam się, szukałam kogoś, kto pali cygaro. Usiadłam przy sąsiednim stoliku i zamówiłam kawę. Tylko po to, żeby… wiesz… takie dziwactwo… W ogóle z dzieciństwa najlepiej pamiętam zapachy. W kuchni zawsze pachniało ciastem, mama pachniała ślicznymi perfumami, w całym mieszkaniu pachniało pastą do podłogi, pościel pachniała lawendą. Zapach szkolnego atramentu. Pamiętasz? zawsze kupowałam ci atrament Pelikana. Był drogi, ale pachniał tak samo jak ten przedwojenny. Widocznie mama nam też kupowała Pelikana. Obóz miał swój zapach… specyficzny… trudno go określić. Trochę stęchły, ciężki, duszny, troszkę słodkawy… bardzo intensywny. Po wojnie nie poczułam go już nigdy, na szczęście.
Poznałam ten zapach. Z racji wykonywanego zawodu byłam wielokrotnie w kilku muzeach - obozach zagłady. Rzeczywiście specyficzny, trudny do sprecyzowania, lekko słodkawy… w każdym obozie ten sam. Czy tak pachnie cierpienie? A może śmierć? Strach? A może wszystko razem pomieszało się i tworzy ten zapach? Ten sam w Oświęcimiu, na Majdanku i w Treblince?
Mój syn będąc w liceum napisał wypracowanie o Wąchaczu. Wąchacz nie słyszał, nie mówił, nie widział, nie poruszał się. Miał tylko jeden zmysł – węchu. Odróżniał zapachy radości, choroby, śmiechu, łez, mądrości i głupoty. Był szczęśliwy. Zdrowi ludzie uznali, że jest „roślinką” i poddali go eutanazji. Wąchacz poszedł do Nieba. Widział, słyszał i chodził. Patrzył z góry na Ziemię i wcale nie był szczęśliwy.
Skąd w głowie nastolatka taki temat i taka refleksja? Może wpływ opowiadań babci? A może odziedziczył po niej silniejszy zmysł powonienia i czuje więcej? Nie wiem. Muszę go kiedyś zapytać.
wtorek, 29 marca 2011
Kasztany
Urodziła się w Lublinie, w zamożnej rodzinie żydowskiej. Ojciec miał elegancki sklep typu „delikatesy” na Krakowskim Przedmieściu, głównej ulicy Lublina. Był wdowcem, z pierwszego małżeństwa miał dwoje dzieci: córkę Różę i syna Chaima. Z drugiego małżeństwa, z Chają Altman, urodziły się dwie dziewczynki, Haanah i Lea. Mieszkali w wygodnym, pięciopokojowym mieszkaniu na pierwszym piętrze od frontu. Była kucharka, była niania, było dostatnio, kochająco i ciepło.
- W niedzielne przedpołudnia tata prowadził nas do teatru na poranki. Wracając do domu wstępowaliśmy do cukierni po ciastka. W piątki z mamą i kucharką wędrowałam na targ. Kucharka zabierała ze sobą łyżeczkę. Mama kosztowała śmietanę, która stała w kamiennych garnkach. Można było próbować sery, masło i owoce. Uwielbiałam to. Czasem mama dawała się namówić na kupno karmelkowych cukierków. U taty w szufladzie biurka było ich zawsze pełno. Tata także je lubił. Przychodziłam do niego do gabinetu, siadałam mu na kolanach i rozmawialiśmy o różnych sprawach chrupiąc te mleczne cukierki. Potem mama krzyczała na ojca, bo oczywiście nie chciałam jeść kolacji. Ale i tak następnego dnia szłam do taty i dostawałam cukierki. Potem się rozzuchwaliłam i wchodziłam po cukierki gdy taty nie było w domu. A któregoś dnia otworzyłam szufladę, a tam… pełno kasztanów! I ani jednego cukierka! Wiesz, w Oświęcimiu, ilekroć korciło mnie żeby coś ukraść, nawet jak byłam straszliwie głodna i była okazja, żeby ukraść pajdkę chleba, to przypominałam sobie te kasztany. I nigdy nic nie ukradłam.
poniedziałek, 28 marca 2011
list
Łódź, dnia 21 października 2003 r.
Szanowny Panie,
piszę do Pana, ponieważ muszę się wygadać. Czasem bywa, że łatwiej zwierzyć się komuś obcemu, niż najbliższym. Mam w głowie straszny mętlik. Postaram się pisać w miarę jasno, w skrócie i przy okazji wszystko uporządkować.
Moja mama urodziła się we Lwowie w inteligenckiej rodzinie W czasie wojny skończyła szkołę pielegniarską, pracowała w szpitalu dziecięcym. Była w konspiracji, m.in. wyprowadzała dzieci z lwowskiego getta. Musiała uciekać, znalazła się w Warszawie, gdzie została aresztowana. Przeszła przez Pawiak, obóz w Oświęcimiu i Buchenwaldzie.
Nie znałam jej rodziców. Ojciec zmarł gdy była małą dziewczynką, matka zginęła w czasie wojny w Lublinie. Mama nie wiedziała kiedy i jak zmarła i gdzie jest pochowana. Miała siostrę, wiedziała że przeżyła wojnę, ale nie miała pojęcia gdzie jest i co się z nią dzieje. Dawno wyjechała za granicę i straciły kontakt. Nie zachowały się żadne dokumenty, żadne fotografie. Zrozumiałe – wojna, przeprowadzki, ucieczki. Nie chciała opowiadać o swoich wojennych przeżyciach. Czytałam o jej dzielności i dobroci w książce Krystyny Żywulskiej, wielokrotnie bardzo ciepło wspominał ją Wiesław Kielar w „Anus Mundi”, a Zofia Kossak-Szczucka napisała we wspomnieniach „niech Bóg błogosławi maleńkiej Elżuni (…) dzielnej i wytrwałej w przyjaźni”
Po wojnie mama trafiła do Łodzi, skończyła medycynę i zrobiła specjalizacje pediatry i pulmonologa. Jest świetnym lekarzem, myślącym, takim… od całego człowieka. Pacjenci ją uwielbiają, zarówno dzieci jak i rodzice. Pewna pacjentka powiedziała kiedyś: „pani doktór, ja się do pani modlę…”, a inna, prosta kobieta z polskiej wsi, zapytała z największym szacunkiem: „pani doktór, czy pani jest znachor?”
Ze strony mamy mam jedynie „rodzinę z wyboru”: Stefanię Grodzieńską, którą poznała tuż po wojnie. Są sobie najbliższe, a Joanna jest moją jedyną, najdroższą siostrą. Krystynę Żywulską. Poznały się na Pawiaku, razem przeszły przez Oświęcim, po wojnie mama Krysi „zaadoptowała” moją mamę a dla mnie była najukochańszą babcią. Synowie Krysi do dziś są dla mnie jak bracia. Ryszarda Matuszewskiego, u którego mama pracowała i ukrywała się w czasie wojny po ucieczce ze Lwowa. W jego domu została aresztowana. Regularnie pisał do niej listy do Oświęcimia, wysyłał paczki i podejmował starania o jej uwolnienie. Po wojnie był zawsze, gdy potrzebowała pomocy.
Rosłam przez lata zupełnie nie odczuwając braku rodziny ani przyjaciół.
Kilka lat temu Marek Edelman powiedział: - Twoja matka ładnie się starzeje, zupełnie nie jak Żydówka. Żydówki starzeją się szybko i brzydko. - to mama jest Żydówką? zażartowałam. - jasne, nie wiedziałaś? Nie wiedziałam i puściłam mimo uszu. Edelman uważał, że każdy porządny człowiek jest Żydem, ksiądz Tiszner i Karol Wojtyła też. Potem mój szef przedstawiając mnie swoim znajomym powiedział „Kropka pochodzi z bardzo dobrej, rabinackiej rodziny”. Czy mój szef wiedział o czymś, o czym ja nie wiedziałam?
Postanowiłam szukać. Nie chciałam pytać mamy. Domyślałam się, że jeśli nic nie mówiła o swoim pochodzeniu, to albo to nieprawda, albo nie chce. Szanowałam to. Nie miałam zamiaru jej denerwować i zmuszać do wspomnień. Uruchomiłam przyjaciół, internet, własną pamięć. Trwało to kilka lat.
Dziś odnalazłam siostrę mamy. Rozmawiałam z nią przez telefon ponad trzy godziny. Mieszka w Izraelu, ma 84 lata i na szczęście, świetną pamięć. Mama nazywała się Lea Juchtman. Śliczne imię, prawda? Gdybym wiedziała wcześniej, moja córka miałaby na imię Lea. W domu mówiono do niej Lela, a jak siostra była na nią wkurzona, to wołala Lola.
Zadzwoniłam do mamy szczęśliwa i podekscytowana - Mamo, odnalazłam Anię, twoją siostrę! Żyje! Mieszka w Izraelu, trochę choruje…- - … to już wiesz… może nie mów dzieciom. Czasem lepiej nie wiedzieć…
Co trzeba przeżyć, żeby wykreślić z pamięci swoich najbliższych, swoje korzenie? Jak bardzo trzeba się bać, żeby ukrywać się przez 60 lat? Jak bardzo trzeba stracić wiarę w człowieka, w Boga, w cokolwiek, żeby 60 lat po wojnie nadal bać się o swoich najbliższych? Mimo zmian historycznych i ustrojowych? Jakiego bólu i upodlenia trzeba doznać, żeby ukrywać się przed własną córką? Żeby dla jej ochrony zerwać rodzinne więzy i wraz z dramatyczną młodością zakopać głęboko w niepamięci szczęśliwe dzieciństwo, rodziców i rodzeństwo? Jak silna musi być miłość macierzyńska, jeśli pozwala wyrwać korzenie i żyć całkowicie bez nich?
Jak wielu ludzi w Polsce nadal się ukrywa?
Z wyrazami szacunku
k.
sobota, 26 marca 2011
bez tytułu
- pisz o babci, proszą dzieci. Nie wiesz o niej wiele, my jeszcze mniej, a nasze dzieci w ogóle nie będą o niej wiedziały. To ważne, muszą wiedzieć, jaka była niezwykła. - Musisz to spisać. Wszystko co wiesz i pamiętasz. Takie życiorysy nie mogą zniknąć. Trzeba je przekazywać potomnym - od kilku lat powtarza przyjaciółka
Jak pisać o matce, z którą żyło się zawsze bardzo, bardzo blisko, a tak niewiele wiadomo? Jak przekazać historię bolesną do granic niepamięci? Jak opisać sprawy, których umysł nie obejmuje? Jak opanować emocje i nie pisać sercem? Trudno będzie…
Urodziłam się kilka lat po wojnie w szczęśliwej rodzinie. Dom był pełen ciepła, serdeczności, tradycji i mądrej miłości. Rodzice byli lekarzami, mama pediatrą, ojciec patologiem. Mama niesłychanie pracowita, zorganizowana, ambitna i dobra. Ojciec równie pracowity, mniej zorganizowany, za to z głową pełną pomysłów i dozwoloną nutą szaleństwa. Kochał nas, swoją pracę, góry, książki, wędkowanie, zwierzaki i co mu tam na drodze stanęło. Miał wszędzie moc przyjaciół: wśród sąsiadów, współpracowników, kumpli z Powstania, dyrektorów, górali, profesorów, artystów, chłopów i robotników. Baby za nim szalały, bo przystojny był i szarmancki nadzwyczaj. Taki był z niego czaruś. Zawsze czułam się bezpieczna. Słyszałam i czytałam o wojnie, o Powstaniu Warszawskim, o Oświęcimiu. Blizna ojca i wytatuowany numer na ręce mamy były codziennością, a coroczne spotkania powstańców i ich zabawne opowieści - wyczekiwaną atrakcją. Potem był jakiś konkurs szkolny na temat wojennych wspomnień rodziców. Robiłam album wklejając opaskę powstańczą i kawałek materiału. Szaroniebieskiego, pasiastego, sztywnego, szorstkiego, odciętego od większej całości. Marynarka leżała w starej walizce na antresoli. Niania odcinając kawałeczek materiału zapytała mamę: - jesteś pewna, że można to pociąć? - tak. Powinno się to spalić. Nie mam pojęcia, po co to przechowujecie. - Bo dla mnie jest ważne. I dla dziecka też będzie, warknął ojciec. Niania pomogła mi wkleić materiał do albumu i wyjaśniła sciszonym głosem: - To pasiak. Twoja mama nosiła go w obozie. A tu czerwony trójkąt z literą P. To znaczyło „polityczny”. A tu numer, ten sam, który mama ma na ręce. Wtedy dotarło do mnie, że wojna to coś realnego. Coś złego. Coś sztywnego, szorstkiego i groźnego. Coś, co zostawia blizny i tatuaże. Coś, co dotyczy moich rodziców. Pierwszy raz poczułam się nie całkiem bezpieczna. Zaczęłam pytać, czytać i podsłuchiwać. Gdy dorosłam, wydawało się, że już wiem, rozumiem i czuję. A długo potem przyszły informacje zaskakujące, zadziwiające, bardziej przerażające, przekraczające pojęcie rozumienia i nie mieszczące się w wyobraźni. Spojrzałam na mamę zupełnie inaczej. Ze zdumieniem? Z większym współczuciem? Z większym podziwem? Na pewno z jeszcze większą czułością.
I im bardziej poznawałam jej historię, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że żyjąc z nią całe życie, kochając, przegadując niezliczoną ilość godzin na wszystkie, najbardziej skryte tematy – niewiele o niej nie wiem. Mialam jeszcze czas, żeby to nadrobić. Ale czy miałam prawo wywoływać dawno, głeboko zakopane dramatyczne wspomnienia? W imię jakich racji? W imię ciekawości? Obowiązku? Prawdy historycznej, czy jakkolwiek to pompatycznie nazwiemy? Od śmierci mamy minęły trzy lata. A ja nadal mam wątpliwości.
środa, 15 grudnia 2010
Cierpienie
W sobotę rano poślizgnęłam się na lodzie i gwizdnęłam biodrem w wystającą rurę. Wieczorem obaliłyśmy z psiapsiółką butelkę likieru czekoladowego. A potem drugą. Pod naleśniki z dżemem. I bułeczkę z ogórkiem kiszonym.
W niedzielę umierałam. Z powodu obicia i z powodu kaca. Czekoladowego. Kto nie zna, niech unika, dobrze radzę. Rodzina ze zrozumieniem chodziła na palcach, a bardzo przejęty wnuk starał się ulżyć w cierpieniu. Zaglądał co jakiś czas, przynosił wodę, nawet przytargał z piwnicy wielką miskę i postawił przy łóżku. Żebym nie musiała latać do łazienki w razie walki ptaka z człowiekiem. Potem przyniósł swój osobisty termometr i zmierzył mi temperaturę w lewym uchu - 36,8. I w prawym – 37,1 Usłyszałam, jak poleciał do matki krzycząc z niepokojem - Mamo! Mamo! Babcia ma nierówno w głowie!! Usłyszałam uspokajająca odpowiedź córki - To u babci normalne, byłoby znacznie gorzej, gdyby nagle miała równo.
To jest dziedziczne, zdążyłam pomyśleć mściwie i zapadłam w błogosławioną nicość.
sobota, 04 grudnia 2010
- W zamrażarce jest karczek. Wyjmij, po południu upiekę, powiedziała Karolina wychodząc do pracy. Uwielbiamy pieczony karczek, a Karolina robi go po mistrzowsku. Wyjęłam, obejrzałam i zadzwoniłam: - ten karczek wygląda na polędwiczki wieprzowe. Będą jutro na obiad. Po południu chciałam je zrobić. Wyjęłam z miski rozmrożone... piękne, równiutkie, grube plastry wołowiny. - A po ugotowaniu okaże się, że to zając albo jakaś inna kaczka dziwaczka. Może skoczę po buraczki? skomentowała córka.
„Mijają lata i zimy raz słoneczko, raz chmurka…” a w moim domu nadal nie daje się zaplanować najprostszego obiadu. Ech, życie….
sobota, 26 grudnia 2009
Pytanie bez odpowiedzi
Dlaczego zmywarka psuje się zawsze w święta?
niedziela, 29 marca 2009
z cyklu: Trudne rozmowy

Boberek siedział zamyślony na kanapie. Był to ten moment, w którym matka siada obok dziecka, przytula i wspólnie milczą. - Czy jak umrę, to pójdę do nieba? - oczywiście, kochanie - mamo, ale ja mam przecież lęk wysokości!
|
Zakładki:
.
Dla duszy
Łódź w fotografii
Warto zaglądać
|