|
opowiastek mało-wiele
na dni zwykłe i niedziele
:-
sobota, 26 grudnia 2009
niedziela, 29 marca 2009
z cyklu: Trudne rozmowy
Boberek siedział zamyślony na kanapie. Był to ten moment, w którym matka siada obok dziecka, przytula i wspólnie milczą.
czwartek, 29 stycznia 2009
Poradnik domowy
Czy wiecie, że poranne słanie łóżka może grozić kalectwem, a nawet śmiercią?Kilka dni temu znajoma doznała dotkliwych obrażeń podczas tej banalnej czynności. Porą największej aktywności kota jest noc. Chcąc spać spokojnie i wygodnie we własnym łóżku, przed położeniem się spać eliminujemy kota z sypialni. Jednakże o poranku, gdy nasze ciało jest już w pozycji pionowej, ale dusza śpi jeszcze snem sprawiedliwego, tracimy czujność. Pozostawiona szparka w drzwiach powoduje, że po powrocie z łazienki zastajemy kota rozwalonego na środku łóżka, śpiącego snem twardym, czego dowodem są mocno zaciśnięte i nic niewidzące oczy i niesłyszące uszy. Możemy kota głaskać, tarmosić, prosić, wrzeszczeć – nic. Żadnej reakcji. Kot zapada w rodzaj letargu, hibernacji, czy jak to zwą. Gdy tylko usiłujemy kota ruszyć, błyskawicznie zmienia się w tygrysa o paszczy hipopotama i zębach krokodyla (że o sztylecich pazurach nie wspomnę) broniącego swego terytorium, jak lwica młodych. A łóżko trzeba pościelić. Wariant II I posiada apteczkę dobrze zaopatrzoną w środki opatrunkowe.
sobota, 22 listopada 2008
Huraaaaaa!
moja wnuczka nauczyła się czytać!
środa, 12 listopada 2008
Prątkuję kujaki
W piątek Karolina otrzymała pismo z przedszkola przypominające rodzicom o obowiązku zgłaszania chorob zakaźnych w rodzinie. Szczególnie takich, jak np. odra, szkarlatyna, świnka czy gruźlica. - Kochanie, czy babcia ci mówiła, że prątkuje? Tłumaczenie: babcia produkuje iglaki w ogrodzie.
sobota, 08 listopada 2008
- Kochanie, co byś zrobiła, gdybym wygrał w totolotka? - głupie pytanie! Zabrałabym połowę, odeszła od ciebie i zaczęła nowe życie! - No to masz tu 6,60 i spieprzaj
sobota, 26 lipca 2008
Ekologia, głupcze!
Wreszcie na moją wiochę dojeżdża śmieciara! Raz w miesiącu, ale zawsze coś. Koniec z wożeniem śmieci do „miasta” gminnego lub do Łodzi!Podobno zgodnie z prawem unijnym każdy gospodarz musi mieć puszkę na odpady. Jak nie ma, to nie dostanie dotacji. No i super. Skończą się wreszcie zaśmiecone lasy i cichcem zakopywane śmietniska za stodołą. Pojechałam do sołtysa po puszkę.
- a laminat to co? Plastik?... a to znacie? Trzeba włączyć głośniki i kliknąć w "hit mpo" (na górnym pasku)
sobota, 19 lipca 2008
A imię jego...
Gdy ma urodzić się dziecko, głównym problemem rodziców jest imię. To normalne, prawda? Uroczystość nadania imienia, najczęściej chrzest, to wielkie wydarzenie w rodzinie. Imię zostaje wpisane do metryki urodzenia i towarzyszy człowiekowi do końca życia, czy się to komuś podoba czy też nie. Nawet jak się zupełnie nie podoba osobie najbardziej zainteresowanej. W naszej rodzinie imiona żyją zupełnie niezależnie od swoich właścicieli. Większość z nas używa drugiego imienia, tylko w bardzo oficjalnych papierach wpisujemy pierwsze, a dla świętego spokoju oba. Kiedy Marysia poszła do szkoły i pani na pierwszej lekcji odczytała jej oficjalne imię, dziecko nie zareagowało. Na szczęście w domu opowiedziała, że w klasie jest dziewczynka o tym samym nazwisku, ale dziś nie przyszła. Biegiem polecieliśmy do szkoły wyjaśnić nieporozumienie, żeby nam nie wlepili kary za uchylanie się od obowiązku szkolnego. Nie pytajcie, dlaczego tak jest. Nie wiem. Podobnie jest ze zwierzakami. Zjawia się takie w domu i jak nakazują fachowcy, najpierw kilka dni obserwujemy, dopasowujemy, by po długich dyskusjach uroczyście i oficjalnie ogłosić publicznie to jedno, wybrane i przemyślane imię, które przy pierwszej wizycie u weterynarza zostaje wpisane do książeczki zdrowia psa/kota. I co z tego? Nasz poprzedni pies, piękny i dostojny OMC wilczarz otrzymał imię Parys. Pasowało jak ulał. Ale najczęściej używany był Rudy, Kudłacz i Fafel. Reagował na wszystkie. Smok zwany jest Kaflem, Burasem lub Maluszkiem (waży ok. 60 kg i ma 68 cm w kłębie). Smokowi wszystko jedno. Zawsze wie, że o niego chodzi. Szczególnie w porze posiłów. Za to nie reaguje na żadne imię, gdy jest wywalany spod stołu w czasie obiadu (naszego). Piękna OMC dożyca Karoliny otrzymała imię Księżniczka Kiara. Chłopcy natychmiast zmienili je na Siara, Szara, a Jasiek uznawszy, że jest to pies o najmniejszym rozumku w rodzinie, bez skrępowania nazywa ją Głupią. Jeśli ktoś sądzi, że suce robi to jakąkolwiek różnicę, to jest w błędzie. Wydaje się nawet, że Głupia odpowiada jej najbardziej, bo natychmiast merda ogonem i śmieje się od ucha do ucha.Frędzel przyniósł sobie imię sam. Jako maluśkie kocię wisiał na podwórkowym trzepaku i darł się nieprzytomnie. Z wysokości trzeciego piętra wyglądał jak urwany frędzel od dywanu. Dopiero po zejściu na dół Karolina rozpoznała burego kociaka. Trzeba przyznać, że Frędzel nie jest imieniem typowym dla kota, więc często dochodzi do nieporozumień. Na ogół mówi się o Pędzlu lub Sznurku, ale gdy niedawno kolega Karoliny zapytał co słychać u Koronki, moja spokojna zazwyczaj córeczka dostała szału. - Następny kot będzie się nazywał Mruczek, do cholery! Może wtedy ta banda tłumoków będzie pamiętać! Obiektywnie trzeba przyznać, że zapamiętanie imion naszego zwierzyńca może sprawiać znajomym zrozumiałe trudności.
piątek, 18 lipca 2008
Wieczorny stół
Od czasu do czasu miewam genialne pomysły. Ale jednym z najgenialniejszych okazał się pomysł zmiany malutkiego ganku na wielką werandę. Oczywiście mowa o wiejskim domku. Weranda ma ok. 3 m szerokości i ciągnie się wzdłuż całego domu. Dlaczego ten pomysł okazał się tak znakomity? Bo życie rodzinne wyniosło się z kuchni. Całkowicie. Na werandzie się je, gra w karty, kontempluje, pracuje, majstruje, wiąże psy, zabawia dzieci własne i sąsiedzkie, przebiera, odpoczywa i robi wszystko, co wcześniej robiło się w kuchni. Z tym odpoczynkiem przesadziłam, bo jak każdy robi to, co napisałam, to o odpoczynek raczej trudno. Ale czasem się udaje, przy wyjątkowo sprzyjających okolicznościach. Miejscem centralnym werandy jest stół. Spory i ciężki. Jak łatwo się domyśleć, wszystko co napisałam wyżej odbywa się na tym stole, z wiązaniem psów włącznie (do nogi od stołu). Jedną z moich cech dość uciążliwych dla rodziny jest fakt, że nie cierpię rozpoczynać dnia od sprzątania. Wolę później iść spać i zrobić klar, niż wstać rano wypoczęta i zacząć dzień od mycia garów, bo nie ma czystej filiżanki na poranną kawkę. Nawet po wielkich przyjęciach zbieram naczynia i staram się uładzić chałupę, by rano móc spokojnie otworzyć oczy i na dzień dobry nie dostać cholery. Wracając do tematu, wszystkie czynności wykonywane na werandzie pozostawiają liczne ślady na stole. Przez cały dzień każdy coś znosi, wynosi, przynosi, składa i rozkłada i oczywiście zostawia na stole. Codziennie w okolicach kolacji rzucam hasło: „posprzątać ze stołu!”, bo na ogół wieczorem nie ma już gdzie szpilki położyć. Rodzina karnie zbiera swoje bambetle i roznosi po reszcie chałupy. Zjadamy kolację, sprzątamy, zmywamy gary i spokój. Siedzę przy stole na werandzie i piszę tę notkę. Rodzina poszła spać, jest cisza, tylko świerszcze grają na pogodę. Gdzieś w oddali słychać rechot żab. Sielanka… Na stole leży lub stoi (od lewej): Koszyczek Boberka, czerwona kredka, szklana popielniczka z 5 petami, 4 spinacze do bielizny, nóż, 4 kamyki, szklanka z coca colą, żółta popielniczka z 2 petami, filiżanka z moją herbatą, zapałki, zapalniczka, mój telefon, 2 paczki papierosów (zamknięte), kubek, jeszcze jeden kamyk, minutnik, zgnieciona serwetka, złożona serwetka, miseczka z fasolą jaś, otwarta paczka papierosów, podstawka pod garnek, torba od laptopa, cukiernica, świeczka, łańcuszek psa, solniczka, przyprawa do zup, pół butelki coca coli, pusta butelka po soku truskawkowym, pół butelki soku wiśniowego, świecznik, taca, lornetka, rozgałęźnik (tzw złodziejka), klamka, notes, długopis, plik gazet, listwa elektryczna, sweterek. Spory ten stół, prawda? A na trawniku świerszcze… a w oddali żaby… Za chwilę zamknę laptopa, wstanę (albo może nie wstanę) i szkolonym głosem dam na maskę: SPRZĄTAĆ STÓÓÓÓÓÓÓŁ!!! Świerszcze pochowają się pod werandę, żaby umilkną i zakopią się w mule, przerażony sąsiad-myszołów poderwie się do lotu. Na sekundę zapadnie kompletna cisza, tylko gdzieś w oddali echo powtarzać będzie: stuuuuu… stuuu… tuu… A po chwili z dwóch stron domu rozlegnie się tupot trzech par nóg, najprawdopodobniej bosych, by spotkać się w centralnym punkcie werandy. Ciche szuranie, trzaski otwieranych i zamykanych szafek, być może coś upadnie, być może ktoś przez zęby rzuci, niby przypadkiem i niechcący, nieśmiałą „qrwą” … I znów zapadnie cisza, świerszcze powrócą do muzykowania, sąsiad-myszołów zalegnie na gnieździe. Tylko żaby nie będą rechotać obrażone, że im koncert przerwano. A raniutko, gdy jeszcze wszyscy będą spać, pójdę do sąsiadki po mleko, zrobię sobie kawę ze świeżą śmietanką i zasiądę na werandzie przy całkowicie pustym i czystym stole. Będę delektować się ciszą i cieszyć się nowym, budzącym się dniem. No to do dzieła!
sobota, 12 lipca 2008
Mieszane uczucia
Wieś, w której mamy domek letniskowy to 7 rozrzuconych domów, w tym tylko 4 zamieszkałe. Dość malownicza dolinka, usytuowana całkowicie na uboczu pod samym lasem, który zaczyna się w moim ogrodzie i ciągnie nieprzerwanie ponad 60 kilometrów. Nasza chałupa jest na końcu wsi oddzielona od najbliższego gospodarstwa ok. 100-metrowym zalesionym pasmem. Spokój, cisza, tylko sarny i zające od czasu do czasu zakradają się pod dom. Żyć nie umierać. Kilka lat temu zmarł jeden z gospodarzy, a jego syn sprzedał ziemię wraz z zabudowaniami. Nie bardzo wiadomo było kim jest „nowy”, wiadomo było tylko, że nie „stąd”. Plotka głosiła, ze ktoś z Łodzi, że jakieś schronisko będzie budował, że wczasy… Trochę to było dziwne, bo w okolicy żadnych typowych wczasowych atrakcji nie ma, żadnych zabytków, żadnej wody, krajobraz płaski, tylko wieś zabita dechami i las. Kto tu na wczasy przyjedzie?! Po roku pojawił się nowy właściciel. Zaczął od kopania stawu i unikania sąsiadów. Nie przedstawił się, jak zwyczaj nakazuje, nie zagadywał, nawet sklepowa nic o nim nie wiedziała. - Mruk i odludek jakiś, gęby nie otworzy, szybko weźmie co potrzebuje i do domu wraca. Wódki nie kupuje. Ale na wsi tak się nie da. Wreszcie poszła szokująca informacja: facet zakłada schronisko dla psów. Miejscowi byli oburzeni. Nie bardzo rozumieli co to schronisko, wyobrażali sobie, ze setka bezpańskich psów będzie latać po okolicy. O dzieci strach, o kury strach, a jeszcze jak się taka wataha zbierze, to i krowy pozagryza! Uspokajałam. Psy będą na pewno zamknięte w boksach, człowiek wyłapie wszystkie bezpańskie z okolicy, jak wam pies jakiś będzie potrzebny, to sobie wybierzecie u sąsiada…dobrze będzie! Cieszyłam się, bo zwierzaki nigdy mi nie przeszkadzały, a jeśli ktoś lubi psy, to znaczy że jest sympatycznym i dobrym człowiekiem. Wkrótce pojawił się pierwszy mieszkaniec schroniska. Był to koń odebrany właścicielowi przez policję, bo go lał, a jego dzieci mu oko wybiły. Zabidzone konisko zamieszkało w starej oborze, pasło się na łące, pęczniało i nabierało końskich kształtów. 10 punktów dla nowego sąsiada! Potem pojawił się daniel podobno odłowiony przez cyganów, a potem kilka psów. Zamieszkały w porządnych, nowych budach, w trawiastych, dość dużych boksach. Był też bociek, co na zimę nie odleciał, jakiś łabędź bez nogi – słowem, moje przewidywania sprawdzały się. Facet był sensowny, lubił zwierzaki, wszystko grało. Okoliczni mieszkańcy też się powoli do człowieka przekonywali. Kupował od nich drewno na budy, słomę, siano, kilku u niego pracowało przy budowie schroniska i przy zwierzętach. Rzeczywiście mrukowaty, ale płacił solidnie i złego słowa o nim powiedzieć się nie dało. Powiecie – raj! Zgoda. Dla psów raj. Mają duże, czyściutkie wybiegi, porządne, ocieplone budy, opiekę weterynaryjną, specjalnie sprowadzaną mięsną karmę, są zadbane i zaopiekowane aż nad to. Tylko… jest ich teraz 1500 (słownie: tysiąc pięćset). Czy ktoś wyobraża sobie szczekanie 1500 psów jednocześnie? Zaczyna się od kilku pojedynczych szczęknięć by po kilku sekundach przejść w jednolity huczący szum lub szumiący huk, jak kto woli. Słychać go poprzez pola i lasy w promieniu kilku kilometrów. Ktoś niezorientowany staje zdumiony szukając na niebie chmur burzowych czy eskadry nisko lecących samolotów. A to tylko pieski. 1500 piesków. Dla uspokojenia dodam, ze nie szczekają cały czas. Szczekają gdy dostają jedzenia (dwa razy dziennie), gdy pojawia się ktoś obcy (kilka razy dziennie), gdy przywożą nowe zwierzę (kilka razy w tygodniu). Często szczekają w nocy, gdy na teren wpadnie jakiś zając czy lis. Albo jak się dwa psy pokłócą. Albo jak jeden pies chce coś powiedzieć kumplowi trzy boksy dalej. Wówczas wtrąca się całe towarzystwo i przez kilkanaście minut człowiek własnych snów nie słyszy. Sąsiad grodzi następny hektar łąki. Będzie rozbudowywał schronisko. |
Archiwum
Zakładki:
.
Dla duszy
Łódź w fotografii
Warto zaglądać
|